wtorek, 6 sierpnia 2013

Rozdział 1


- Życie... Jedno krótkie słowo pod którym kryje się coś niezwykłego. Nie każdy jest nim obdarzony, nie każdy zasługuje na szczęście. Liley była cudowną osobą o której nikt z pewnością nie zapomni. Mimo swojej wytrwałości i niezwykłej miłości, którą darzyła innych straciła to co najcenniejsze, możliwość obserwowania jak dorasta jej synek a mój wnuk. - starszy mężczyzna wygłaszając swoją mowę wycierał zapuchnięte oczy. Ojciec. Tak, to był ojciec Liley- Obiecuje Ci Lil, że zaopiekuję się nim jak najlepiej potrafię... Spoczywaj w pokoju. - dodał schodząc z mównicy. Chwilę później pojawił się na niej komendant policji, dwoma słowami zamykając pogrzeb dla gapiów. Dalsza część była już tylko dla rodziny. Razem z tłumem przypadkowych ludzi ruszyłem w stronę wyjścia. Zatrzymał mnie Matthew. Grubszy, lekko przysadzisty aczkolwiek dobry kumpel.

-Charles!- zawołał mnie wskazując jedyne cichsze miejsce na cmentarzy- mam dla ciebie sprawę.

-Mathew, naprawdę mam teraz dość morderstw. Muszę rozwikłać zagadkę zabójstwa Cris'a , Mandy i ... Liley. - głos mi się załamał. Byłem przerażony jak trudno było mi zapanować nad własnym ciałem.

-Daj już z tym sobie spokój- machnął ręką- ona nie żyje.- trzy słowa a tak mocno zabolały. Zacisnąłem powieki próbując złapać równowagę.- Charles, wszystko ok?-spytał łapiąc mnie za ramię.

-Muszę iść.- bez dłuższego zastanowienia ruszyłem przed siebie. Nie miałem ochoty znów prowadzić z nim rozmowy na temat sensu naszej egzystencji. Włożyłem ręce w kieszenie i poszedłem ciemną alejką w stronę domu. Odkąd moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym sprzedałem ich mieszkanie i kupiłem sobie kawalerkę. Nie potrzebowałem pieniędzy nie były one najważniejszą wartością. Późnym wieczorem przekręciłem kluczyk w zamku i wszedłem do mieszkania. Jak co dzień, rzuciłem kurtkę na ciemny blat w kuchni i zaparzyłem sobie kawę. Wlałem ją do mojego ulubionego czarnego kubka i poszedłem do biurka. Miałem kilka spraw do załatwienia. Po czterech godzinach papierkowej roboty i pięciu kubkach kawy, wycieńczony położyłem się na polówkę i spokojnie zasnąłem.

-Charles chwyć moją dłoń!- roześmiana brunetka wchodziła po schodach na górę do pokoju. Chwyciwszy jej dłoń, momentalnie znalazłem się tuż obok niej. Oboje byliśmy radośni i szczęśliwi.

-Czy wiesz, że cię kocham? - spytała z uroczym wyrazem twarzy.

Zamiast dać jej odpowiedź musnąłem jej usta. Zaśmiała się i oboje ruszyliśmy w stronę sypialni.

Obudziłem się zalany zimnym potem. Powoli otarłem czoło i poszedłem do łazienki żeby przemyć twarz. Odkąd Liley umarła miewałem te sny codziennie. Jednej nocy potrafiłem śnić o niej wielokrotnie. Doprowadzało mnie to do szału. ‘Muszę czymś się zająć by spróbować zapomnieć’- pomyślałem obmywając twarz zimną wodą. Po jakimś czasie wróciłem do sypialni, usiadłem na łóżku i włączyłem laptopa. Musiałem sprawdzić pocztę by zająć sobie czas.

-Tak jak myślałem…- szepnąłem sam do siebie. Kliknąłem na plik nadany przez Matthewa. Wysłał mi nowe zlecenie. Musiałem zająć się zabójstwem prokuratora Dickensa. Oczywiście żeby mi się to udało muszę tam być przed policją. Życie detektywa działającego na własną rękę bywa nie łatwe. Wstałem z łóżka i zarzuciłem na siebie luźną koszulę i płaszcz. Przed wyjściem znalazłem jeszcze adres, i datę zabójstwa, ale wszystko wskazywało, że zdarzyło się to dzisiaj. Policja może być lada moment. Pośpiesznie wyszedłem z mieszkania i ruszyłem w stronę Baker Street. KIlkanaście minut później podszedłem do drzwi, lecz neistety były zamknięte. Spojrzałem na okno.
-Tak, dobry pomysł- szepnąłęm do siebie  i rozbiłem szybę. Niespodziewanie znalazłem się w środku mieszkania. Było ogromne, bogate, każda przestrzeń była wykorzystana. No ale czego można się spodziewać po milionerze.  Ruszyłem przed siebie, idąć korytarzem w stronę pokoju prokuratora. Na podłodze znalazłem jego ciało. Było potwornie poszarpane, zobaczyłem ślady po postrzale, przebiły mu klatkę piersiową. Ktoś na pewno używał Beretty 9000 typu S. Widzę to po głęokości rany. Strzelająć nabojami kalibru 9 mm powstają mocne i szarpane rany co by potwierdzało moją tezę. Nachyliłem się nad martywm ciałem i ujrzałem...

----------------------------
~ Chciałabym serdecznie przeprosić za to, że tak długo niczego nie dodawałam. Po pierwsze, pisanie kryminału jest trudniejsze niż sądziłam ;/ Po drugie, pisze inny blog i po prostu rzadko mam czas. Ten rozdział nie jest tak dobry jak sobie zaplanowałam ;/ Jednak, nadal w duchu mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta moje wypociny? ;< Postaram się od teraz dodawać wszystko częściej, i o ile ktoś to będzie czytał. Do tego, wprowadzam nową zasadę.

5 komentarz = nowy rozdział

środa, 19 czerwca 2013

Prolog ♥

      Krople jesiennego deszczu wygrywały jednostajną melodię, odbijając się od dachu mieszkania i mimowolnie spadając na ziemię.  Wsłuchiwałem się w nużący rytm, gdyż tylko to dawało mi chwilę ukojenia. Siedziałem na moim starym polowym łóżku,  przykrytym ciemnozieloną kapą,  rozglądając się po pokoju. Analizowałem wszystkie błędy które popełniłem, i zastanawiałem się jak mogę je naprawić. Być może, gdybym tamtego wieczoru, wpadł na jakiś pomysł, uratowałbym tą niewinną dziewczynę. Przed oczyma wciąż przelatywały mi sceny sprzed tygodnia. Jej zakrwawiona sukienka, blada twarz i ten głęboki ból bijący z jej oczu. Przeszedł mnie zimny dreszcz. ‘To moja wina, nikt inni nie mógł jej pomóc. Gdybym tylko…’ - szepnąłem sam do siebie i załapałem się za głowę.  Gdyby  nie ten jeden, drobny błąd w mojej dedukcji, Liley, cieszyła by się życiem mogąc wychować swojego pięcioletniego synka. Mogłem ją uratować, nawet jeśli przypłaciłbym swoim życiem, lecz jednak tego nie zrobiłem. Moje bezgraniczne poczucie winy wykańczało mnie do reszty. Bezsilny wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Było ciemno.  Spojrzałem w ekran mojej komórki. Wszystko wskazywało na to,  że dostałem sms’a. Bez zawahania przeczytałem go, a treść brzmiała następująco :
‘Charles,
Chciałam Ci serdecznie podziękować. Uratowałeś mi życie. Ja i Jimmy nareszcie czujemy się bezpieczni. Zapraszam Cię na kawę w zamian za wszystko co dla mnie zrobiłeś.
Bezgranicznie wdzięczna,  Liley”

Czyżby Liley żyła? Zacząłem szybciej oddychać, a tętno mi wzrosło. Całym sercem wierzyłem, że ona żyje. Chciałem tego. Przesunąłem sms’a niżej żeby zobaczyć datę nadania. Resztki mojej nadziei prysły. Liley wysłała go 25 października, około godzinę przed swoją śmiercią.  Byłem załamany. Znów wszystko się psuło. Z każdą minutą traciłem jakąkolwiek nadzieję, że wyjdę z poczucia winy. Nazywam się Charles York i na własnej skórze przekonałem się, że życie potrafi być bezlitosne.